Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni nie wymagali!

Nie bez powodu przy bierzmowaniu wybrałam na swoją patronkę św. Faustynę. Aż ciężko mi ująć czym właściwie dla mnie jest Miłosierdzie Boże. Szalona tajemnica niesprawiedliwości. Najpiękniejszy skandal. Bezgraniczna dobroć i łaskawa miłość zadziwiająca z dnia na dzień coraz bardziej. Nigdy nie skreśla, zawsze chce być jak najbliżej, kocha najbardziej na świecie. Chce przyciągnąć do siebie mimo, pomimo i wbrew.

Dlatego nie mogę pojąć kiedy ktoś je odrzuca. Perfidnie, lecz nie wprost. Pod piękną przykrywką rozgłaszania wszem i wobec Jego dobroci, jednocześnie rezygnując ze stawiania sobie wymagań, a czasem nawet wręcz przeciwstawiając się Jemu. Jakby Jego miłosierdzie zdejmowało z nas wszelkie zadania „no bo przecież On i tak wybaczy mi jak upadnę”. Tymczasem On kocha i dlatego wymaga. Jest dobrym Ojcem, który chce uczyć i zbawić, ale nie wbrew nam. Pomaga nam się podnosić z upadków i jest z nami mimo wszystko, ale jest też Mądrością i Sprawiedliwością, więc dlaczego tyle ludzi odnosi się do Niego jak do „maszynki do wybaczania”? Sama nie jestem bez winy, przewracam się strasznie często, nie rzucę kamieniem, nie chcę osądzać – zupełnie nie o to mi chodzi. Boli mnie po prostu, jak traktuje się Osobę mi ukochaną.

Poza tym to, że mamy się od Niego uczyć miłości do każdego człowieka nie wyklucza się z tym, żeby zło nazywać złem. A może w jakimś stopniu nawet na tym m.in. ma też polegać, by pomóc w nawróceniu… Nie musimy się lubić, ale mamy kochać, czyli życzyć dobra, czyli zbawienia. Tymczasem, gdy w jakikolwiek sposób zwróci się komuś uwagę, na to że to co robi jest nie w porządku można być oskarżonym o nie-miłosierdzie, skreślanie człowieka z góry, niezrozumienie, palenie na stosie, zgrywanie świętego. I nie mówię tu o rzeczywistym złorzeczeniu i wypowiadaniu słów, których co najmniej nie przystoi chrześcijaninowi, a zwykłym przyznaniu, że „coś tu chyba nie gra” albo zapytaniu o powód takiego, czy innego postępowania.

Co gorsza, czasem nawet nie trzeba nic mówić, wystarczy, że żyje się inaczej. Ten „upadający” wypomina wtedy, że niepotrzebnie sztywno trzymasz się wydumanych zasad, nie znasz prawdziwego Boga i jesteś zacofany. Ze średniowiecza wręcz. Najsmutniejsze, że zazwyczaj tymi wydumanymi zasadami jest bycie w zgodzie ze sobą i nauką Kościoła, a to, że ich przestrzegasz wypomina Ci inny katolik…

To trudny temat. Nie wiem czy jestem do niego kompetentna. Ale to siedzi gdzieś we mnie. Szukam, pytam, zastanawiam się. A do zastanawiania najlepsze jest dla mnie pisanie.